„Nasza pomoc pozostaje jedynie kroplą w morzu ludzkiej tragedii”

– mówi Rana Gabi, dyrektorka programów na Bliskim Wschodzie, kreśląc obraz pogłębiającego się kryzysu humanitarnego w Libanie i wyzwań, z jakimi mierzy się Fundacja PCPM. Wspólnie z Eliem Keldany, koordynatorem ds. Gotowości i Reagowania Kryzysowego na Bliskim Wschodzie dzielą się w rozmowie perspektywą nie tylko zawodową, ale też osobistą. 

W ostatnich tygodniach Liban znalazł się w centrum uwagi międzynarodowych mediów w związku z intensyfikacją izraelskich bombardowań obejmujących różne części kraju. Choć formalnie ogłoszono zawieszenie broni, sytuacja na miejscu pogarsza się z dnia na dzień – ataki nie ustały całkowicie, lecz przyjęły bardziej rozproszoną i mniej namacalną formę. 

W mediach dominuje obraz napięcia utrzymującego się „poniżej progu wojny”, w którym regularne incydenty militarne współistnieją z deklaracjami o wygaszaniu konfliktu. Jednocześnie znacznie rzadziej pojawiają się narracje dotyczące jego długofalowych konsekwencji – przede wszystkim postępującego kryzysu humanitarnego, przeciążenia infrastruktury oraz rosnącej niepewności co do przyszłości wśród ludności cywilnej. To właśnie ta rozbieżność między obrazem konfliktu w przekazie międzynarodowym, a jego lokalnym doświadczeniem, staje się jednym z kluczowych punktów wyjścia do analizy obecnej sytuacji w kraju. 

Czy zawieszenie broni to tylko pusta deklaracja, zabieg dyplomatyczny bez pokrycia w rzeczywistości?

Elie Keldany: Mimo ogłoszenia 10-dniowego zawieszenia broni, które weszło w życie 17 kwietnia, szybko okazało się, że rozejm jest kruchy i niestabilny. Początkowa ulga nie trwała długo, wkrótce została przyćmiona przez kolejne naruszenia, eskalację oraz niszczenie domów i infrastruktury. Wojsko izraelskie atakuje miejscowości na południu kraju, a około 74 z nich zostało uznanych za strefy zakazane dla mieszkańców. To pokazuje, że ryzyko bezpieczeństwa wciąż pozostaje bardzo wysokie.  Równolegle do operacji militarnych, wdrażana jest polityka systematycznych wyburzeń. Doniesienia o zakrojonych na szeroką skalę kontrolowanych eksplozjach w takich miejscowościach jak Chama, Khiam, Aita al-Szaab, Taybeh i Markaba sugerują celowy plan uczynienia tych obszarów niezdatnymi do zamieszkania. Potwierdzają to również informacje, że izraelskie wojsko zamierza utworzyć 15 baz na terytorium Libanu, co wskazuje na długoterminową obecność oraz aktywność militarną mającą uniemożliwić powrót osób wewnętrznie przesiedlonych.

Elie Keldany

Ponad 1.2 miliona osób zmuszono do opuszczenia swoich domów, ponad 140 tys. przebywa obecnie w prawie 700 ośrodkach zbiorowego zakwaterowania. To jednak niewielka część wszystkich osób wewnętrznie przesiedlonych – trochę ponad 10%. Znaczna większość pozostaje poza głównym systemem wsparcia – widzimy osoby śpiące w namiotach na ulicach miast, w tymczasowo wynajmowanych mieszkaniach, w nieformalnych schronieniach. Ponad 1 milion ludzi, o których mowa, to osoby uciekające przed wojną – a dotkniętych jej skutkami Libańczyków jest znacznie więcej. Co z osobami, które zdecydowały się zostać? 

Rana Gabi: W stolicy tysiące osób przebywa na ulicach i placach publicznych. Wolą zostać w Bejrucie, blisko swoich dawnych dzielnic, z nadzieją na powrót. Kluczowym powodem tej decyzji jest obawa, że opuszczenie domów mogłoby oznaczać ich bezpowrotną utratę.Przywiązanie do ziemi ma fundamentalne znaczenie, jest ono postrzegane jako część tożsamości. Nieprzerwana obecność na tych terenach od setek lat traktowana jest przez nich samych jako egzystencjalna forma „oporu”. 

Rana Gabi

To zjawisko społeczne jest charakterystyczne dla regionu – silne przywiązanie do miejsca zamieszkania i ziemi nabiera wymiaru nie tylko kulturowego, lecz także politycznego. W odniesieniu do Libanu szczególnie pojęcie palestyńskiego sumud – niezłomności i wytrwałości, pozwala uchwycić podobne postawy w sytuacji kryzysu – decyzję o pozostaniu lub powrocie oraz utrzymywaniu więzi z miejscem zamieszkania mimo dalszej eskalacji konfliktu. Nie każdy ma taką możliwość, nieraz całe rodziny nie mają do czego wracać. Jaka jest skala zniszczeń?

Elie: Wielu powracających mieszkańców zastało swoje domy w dużej mierze zrujnowane. W mediach społecznościowych pojawiały się nagrania żołnierzy przebywających w domach cywilów, korzystających z ich rzeczy i produktów spożywczych, a także doniesienia o grabieżach, co dodatkowo zwiększało poczucie strachu i gniewu wśród mieszkańców. Jednocześnie osoby próbujące wrócić do swoich domów narażone są na poważne zagrożenia, zarówno z powodu trwających działań militarnych, jak i niewybuchów, w tym amunicji kasetowej. Odnotowano liczne incydenty, a pozostałości wojny stanowią bezpośrednie zagrożenie dla cywilów, zwłaszcza dzieci i rolników, utrudniając bezpieczne powroty. Sytuację pogorszyły ponowne ostrzały oraz oficjalne ostrzeżenia, by nie wracać do domów. W efekcie wiele rodzin ponownie musiało zawracać i przenieść się w bezpieczniejsze miejsca, co pokazuje powtarzający się cykl przesiedleń w bardzo krótkim czasie. 

To jednocześnie dwa równoległe procesy: ogromna skala przymusowego przesiedlenia oraz decyzja znacznej części ludności, by pozostać w swoich miejscach zamieszkania mimo zagrożeń. Oznacza to, że system pomocy działa w warunkach rozproszenia, gdzie część osób trafia do formalnych ośrodków, ale większość funkcjonuje poza nimi. W takiej sytuacji kluczowe staje się pytanie nie tylko o zakres potrzeb, ale o to, w jaki sposób w ogóle można je identyfikować i adresować w warunkach rozproszenia, niepewności i ograniczonego dostępu.

Jak obecnie wygląda możliwość dostarczania pomocy w regionach objętych konfliktem? Co najbardziej utrudnia dziś pracę organizacji humanitarnych w terenie?

Rana: Na co dzień mierzymy się z ogromną skalą potrzeb, a nasza pomoc pozostaje jedynie kroplą w morzu ludzkiej tragedii. Wiele rodzin żyje w niegodnych warunkach, mimo że nie miały żadnego wpływu na konflikt, który zburzył ich życie. Dokładamy wszelkich starań, by zapewnić ciągłość wsparcia – zarówno poprzez pozyskiwanie dodatkowego finansowania, jak i kierowanie rodzin do innych organizacji, które nadal dysponują wolnymi zasobami. Najbardziej dotyka nas brak poszanowania międzynarodowego prawa humanitarnego. Atakowani są dziennikarze, ostrzeliwane placówki medyczne, a nawet wcześniej uzgodnione konwoje humanitarne. Wszystko to zwiększa strach wśród osób, którym pomagamy, i znacząco ogranicza nasze możliwości, wymagające stałej koordynacji bezpieczeństwa.

Elie: Poważnym incydentem była również sytuacja z 22 kwietnia, gdy dziennikarze zostali bezpośrednio ostrzelani podczas ukrywania się w domu po ataku na pojazd przed nimi. Również ambulans Libańskiego Czerwonego Krzyża, wysłany w celu ich ewakuacji, został ostrzelany, co wzbudziło poważne obawy o bezpieczeństwo dziennikarzy i pracowników humanitarnych. 

Amal Khalil, libańska dziennikarka i korespondentka gazety Al-Akbar, zginęła podczas relacjonowania konfliktu na południu Libanu – w tym bombardowaniu. Jej współpracowniczka, fotografka, Zeinab Faraj została zraniona w ataku. Według libańskich władz kobiety zostały celowo zaatakowane, gdy schroniły się w domu po wcześniejszym nalocie, który trafił w pojazd znajdujący się przed nimi. Jak przy tej świadomości pomagać z perspektywy osób koordynujących pomoc humanitarną w takich realiach? Jak to się odbija na Was? 

Rana: Pomimo przeszkolenia i doświadczenia w reagowaniu na tego typu sytuacje, nasz zespół często doświadcza dużego obciążenia psychicznego, ponieważ każdego dnia mierzymy się bezpośrednio z ludzkim cierpieniem. To głęboko wstrząsające widzieć budynki pełne dzieci i osób starszych bombardowane, bez możliwości ich ewakuacji, oraz obserwować naszych kolegów z Libańskiego Czerwonego Krzyża i innych zespołów medycznych, którzy ryzykują życie, niosąc pomoc ratującą życie. W takich momentach czujemy bezsilność, a to uczucie nie kończy się wraz z dniem pracy, towarzyszy nam także w domu i pozostaje z nami na co dzień. Staramy się, aby nas nie przytłaczało, staramy się działać jakbyśmy byli bardziej zaprogramowani, trzymając się racjonalności i obiektywności; jednak poczucie bezradności pozostaje silne.

Jakie są obecnie największe wyzwania dla Libańczyków na południu kraju i w stolicy? 

Elie: Kryzys humanitarny w Libanie nie ogranicza się już do południa, Bejrutu czy Bekaa, obejmuje cały kraj. Konflikt pogłębił trudną sytuację ekonomiczną rodzin, szczególnie tych już wcześniej żyjących w ubóstwie. Ludzie stracili domy, źródła utrzymania i całe sezony pracy na roli, a sytuację dodatkowo pogarsza gwałtowny wzrost cen żywności. Wynika on z rosnących kosztów paliwa, transportu i surowców. Liban, silnie u zależniony od importu żywności, jest szczególnie narażony na wahania cen i zakłócenia łańcuchów dostaw. Rolnicy i drobni producenci coraz częściej alarmują, że dalsze funkcjonowanie staje się dla nich niemożliwe.

Rana: W kraju sytuacja weszła w wyjątkowo niebezpieczną fazę – wojna pogłębiła ostre podziały polityczne, społeczne i wyznaniowe. Edukacja w całym kraju została poważnie utrudniona. Szkoły na południu pozostają zamknięte z powodu bezpośrednich działań zbrojnych, natomiast wiele innych w różnych częściach kraju przekształcono w tymczasowe schronienia.Sytuacja jest również bardzo trudna z punktu widzenia psychologicznego. Większość osób przesiedlonych potrzebuje intensywnego wsparcia psychospołecznego, w szczególności dzieci. Wiele z nich doświadczyło powtarzających się traum, związanych z ostrzałem i jego dźwiękami, a także utratą bliskich i przyjaciół. Skutki tych doświadczeń wciąż w dużej mierze pozostają niezaadresowane.

Elie: Jednocześnie system ochrony zdrowia znajduje się pod ogromną presją i należy dziś do najbardziej dotkniętych sektorów. Wszystko to razem pokazuje, że kryzys humanitarny i gospodarczy wciąż się pogłębia. Dzieje się to w warunkach niestabilnego zawieszenia broni, utrzymujących się zagrożeń bezpieczeństwa oraz braku trwałych rozwiązań, które pozwoliłyby ludziom bezpiecznie i godnie wrócić do swoich domów.

Konsekwencje wojny nie ograniczają się wyłącznie do bezpośredniego zagrożenia życia wynikającego z bombardowań infrastruktury cywilnej i budynków mieszkalnych. W mediach rzadziej przedstawiane są jej długofalowe skutki społeczne i gospodarcze, które w sposób trwały wpływają na funkcjonowanie państwa oraz codzienne życie mieszkańców. W tym sensie poczucie bezpieczeństwa oznacza nie tylko brak zagrożenia militarnego, lecz także stabilność ekonomiczną, dostęp do podstawowych usług, ciągłość edukacji oraz możliwość planowania przyszłości.

W warunkach nieustannej niepewności i powtarzających się przesiedleń ten wymiar (bezpieczeństwa) zostaje głęboko naruszony – zarówno wśród osób zmuszonych do opuszczenia domów, jak i tych, które decydują się pozostać mimo zagrożeń. Nawet jeśli obecne zawieszenie broni doprowadzi do częściowego powrotu i rozpoczęcia odbudowy, doświadczenie ostatnich miesięcy pozostawia trwałe poczucie niepewności co do stabilności sytuacji w przyszłości.

Z tej perspektywy zakończenie działań zbrojnych nie musi oznaczać pełnego przywrócenia bezpieczeństwa. Wiele społeczności pozostaje w stanie długotrwałej niepewności co do realnych gwarancji ochrony ludności cywilnej. Dla Libańczyków obecny kryzys staje się więc nie tylko kolejnym etapem konfliktu, lecz także doświadczeniem podważającym fundamenty stabilności społecznej i poczucia ciągłości przyszłości.