Psi ratownicy w akcji i „psiemerytura”. Jak wygląda praca na cztery łapy?

Dwa żołądki i serce bohatera – oto Orion, emerytowany pies ratowniczy, który wraz ze swoim przewodnikiem Albertem Kościńskim ratował ludzi w najtrudniejszych zakątkach świata. Z okazji Dnia Psa odkrywamy kulisy ich pracy w strukturach straży pożarnej i misjach Fundacji PCPM. Jak wygląda codzienna służba na cztery łapy i co czeka tych niezwykłych pupili po przejściu na „psiemeryturę”?

1 lipca obchodzimy w Polsce Dzień Psa. To doskonała okazja, aby docenić czworonogi, które każdego dnia wiernie pomagają człowiekowi – nie tylko jako pupile ale też w zawodach i rolach jakie pełnią. To też psi asystenci osób z niepełnosprawnościami, przewodnicy, wsparcie emocjonalne. Wśród nich szczególną rolę pełnią psy ratownicze. O kulisach tej niezwykle trudnej i fascynującej pracy, testach predyspozycji, realiach akcji na gruzowiskach oraz o tym, jak wygląda psia emerytura, rozmawiamy ze strażakiem Albertem Kościńskim, przewodnikiem emerytowanego już psa ratowniczego – Oriona, którzy współpracują z zespołami USAR szkolonymi przez PCPM w Kenii. 

– Czy każdy pies może zostać ratownikiem, czy istnieją rasy specjalnie predysponowane do tego zadania?

– Odpowiednie rozporządzenie wymienia około 20 ras psów, które uważa się za najbardziej predysponowane do szkolenia w zakresie poszukiwania osób żywych. W praktyce jednak najczęściej korzysta się z około pięciu głównych ras (np. labrador, golden retriever czy owczarki). Przepisy zostawiają jednak furtkę: jeśli pies spoza listy wykazuje wybitne predyspozycje, również może zostać wyszkolony. Rasa to jedno, ale kluczowy jest charakter.

– Jakie cechy charakteru są najważniejsze i jak sprawdza się gotowość szczeniaka do takiej pracy?

– Kluczowe są wrodzone cechy osobowościowe i temperament, a nie tylko zdolność do wykonywania poleceń, której większość psów można po prostu nauczyć. Testy predyspozycji przeprowadza się bardzo wcześnie, bo już u 7-tygodniowych szczeniąt. Ocenia się wtedy m.in. naturalną chęć zabawy, chęć podążania za człowiekiem oraz ogólną ciekawość świata.

– Pies nie może być lękliwy, ale nie może też być całkowicie pozbawiony instynktu samozachowawczego. Podczas testu, w trakcie zabawy, rzuca się np. klucze do metalowej puszki albo nagle otwiera duży parasol. Idealny kandydat zareaguje naturalnym strachem na nagły hałas czy przedmiot, ale gdy tylko zorientuje się, że nic mu nie grozi, jego wrodzona ciekawość wygra i zmusi go do podejścia i sprawdzenia, co się stało. Testuje się również tzw. poddańczość – podczas zabawy przytrzymuje się szczeniaka na plecach dwoma rękami. Szukamy psa, który przez chwilę powalczy, ale po chwili zaufa człowiekowi i się uspokoi.

– Jak to się stało, że Orion trafił właśnie do Ciebie? Sam zdecydowałeś, że będzie psem ratowniczym, czy został Ci w jakiś sposób odgórnie przydzielony?

– Pomysł urodził się w mojej głowie – po prostu bardzo chciałem zostać przewodnikiem psa. Skontaktowałem się więc ze znajomymi ze straży pożarnej, którzy zajmowali się psami, oraz z naszą instruktorką z OSP. To one poleciły mi sprawdzoną hodowlę i pomogły formalnie wszystko przygotować. Kiedy brałem Oriona, to od samego początku z myślą o ratownictwie.

– Czyli Orion był z Tobą od szczeniaka?

– Dokładnie. W wieku 7 tygodni przeszedł specjalistyczne testy predyspozycji, a tydzień później odebrałem go z hodowli i od tamtej pory jesteśmy nierozłączni.

– A gdybyś miał wymienić trzy główne cechy charakteru Oriona, to jaki on jest?

(śmiech) Pierwsza myśl? Mózg z żelków i dwa żołądki! A tak zupełnie poważnie: Orion ma w sobie niesamowitą, nieustającą radość życiową. On po prostu zawsze wygląda na szczęśliwego i zadowolonego. Po drugie, ma ogromną, naturalną potrzebę bycia wśród ludzi i kontaktu z nimi. To kluczowa, wręcz fundamentalna cecha u psa ratowniczego, która sprawiła, że szkolenie poszło tak dobrze i jego zdolności poszukiwawcze były tak wysokie.

– Szkolenie takiego wyselekcjonowanego malucha to pewnie długi proces?

– Bardzo długi. Aby móc w ogóle mówić o psie podstawowo wyszkolonym, potrzeba około dwóch lat intensywnej pracy ale tak naprawdę to nauka przez całą służbę. a właściwie to całe życie psa.

– Czy pies traktuje akcje ratownicze jako misję, czy raczej jako zabawę?

– Zawsze się śmieję, że psy ratownicze są w tej kwestii absolutnymi egoistami. W przeciwieństwie do ludzkich ratowników, pies nie idzie w gruzy z poczuciem niesienia altruistycznej pomocy. Dla niego motywacją jest smaczek, zabawa, pochwała – coś co stymuluje ośrodek nagrody w mózgu psiaka. Od szczeniaka jest uczony, że jeśli pójdzie za zapachem żywego człowieka i dotrze najbliżej, jak to możliwe, spotka go super nagroda – dostanie ulubioną zabawkę lub smakołyk. Na tym skupia się cała jego motywacja. Na realnej akcji pies w swoim rozumieniu po prostu wykonując zadanie świetnie się bawi i oczekuje swojej nagrody od odnalezionej osoby.

– Jak pies odnajduje zaginione osoby? Czy specyfika środowiska zmienia jego zachowanie albo sposób szkolenia?

– Niezależnie od tego, czy mówimy o lasach, gruzach po katastrofach budowlanych czy lawinach w górach sama zasada pracy psa jest zawsze taka sama i dość prosta: używa węchu do wykrywania zapachu żywego człowieka. To podstawowe narzędzie – jeśli pies jest odpowiednio wyszkolony, rzadko zawodzi.

– Co się dzieje gdy pies znajduje osobę? Czy psy mają odruch żeby kogoś “odkopywać”, próbują się tam jakoś dostać?

– Jeśli chodzi o sygnalizowanie, zdecydowana większość psów na świecie to tzw. psy oznaczające szczekaniem. Szczekają głośno i nieprzerwanie w miejscu, z którego wydobywa się najsilniejszy zapach. Istnieją też tzw. psy rolkujące – noszą one pod szyją specjalną rolkę (szarpak) i gdy odnajdą człowieka, biorą ją w pysk, wracają do przewodnika i w ten sposób meldują sukces, a potem doprowadzają go na miejsce. W zależności od charakteru, niektóre psy po prostu szczekają u źródła najmocniejszego zapachu, a inne próbują wcisnąć się w każdą szczelinę, co bardzo ułatwia nam później precyzyjną lokalizację poszkodowanego.

– Praca na pierwszej linii, zwłaszcza na świeżych gruzowiskach, brzmi niezwykle groźnie. Czy ta praca jest dla psów bardziej niebezpieczna niż dla ludzi?

– Jest bardzo niebezpieczna. Psy wchodzą na gruzowisko w fazie tzw. rekonesansu,często zanim ratownicy zdążą ustabilizować i zabezpieczyć naruszoną konstrukcję. Pies ma tę przewagę, że waży znacznie mniej niż człowiek, a jego ciężar rozkłada się na cztery łapy, dzięki czemu może wejść w miejsca niedostępne dla nas.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                    

– Czy w historii Waszych wspólnych akcji był moment, w którym autentycznie obawiałeś się o jego bezpieczeństwo? Kiedy prywatny strach o swojego psa wygrał z zaufaniem do jego wyszkolenia?

– Tak, pamiętam taką sytuację. Podczas misji ratowniczej po trzęsieniu ziemi w Turcji psy bardzo szybko zaczęły ranić sobie łapy na ostrych gruzach. Postanowiłem założyć Orionowi specjalne buty. Szybko jednak zauważyłem, że porusza się w nich znacznie mniej pewnie, stracił swoją naturalną mobilność. Pracowaliśmy wtedy na dużych wysokościach, na stromych, pochyłych płytach betonowych. W tych butach Orion nie miał pełnej przyczepności. Stanąłem przed potwornym dylematem, ale wolałem, żeby wrócił z pociętymi łapami, niż żeby stracił równowagę i spadł mi z dachu.

– Czy w takich momentach, gdy widzisz, że sytuacja robi się skrajnie niebezpieczna, przewodnik może po prostu odwołać psa? Istnieją komendy wycofujące zwierzaka z akcji?

– Jeśli pies pracuje i widzę bezpośrednie zagrożenie życia, jestem w stanie go odwołać i ściągnąć do siebie. Jednak u psów ratowniczych to trudny temat.

– Szkoli się je tak, aby ich motywacja do odnalezienia człowieka była jak najsilniejsza – czasem jest ona silniejsza niż komenda powrotu. Orionowi ufam bezgranicznie i wiem, że nawet w pełnym amoku poszukiwawczym wróci na moje zawołanie. Ale takie awaryjne odwołanie ma swoją cenę.

– Dlaczego?

– Bo zabiera mu to samodzielność. Kiedy pies jest maksymalnie skupiony na pracy, a ja go nagle odwołuję, on nie rozumie dlaczego. Może to sobie błędnie połączyć i uznać, że to, co robił do tej pory, było błędem. To potrafi mocno zaburzyć motywację do dalszych poszukiwań. Dlatego na szczęście nie przypominam sobie sytuacji, w której faktycznie musiałbym to zrobić podczas realnej akcji.

– Wokół psów pracujących w służbach krąży wiele mitów, a jednym z najbardziej poruszających tematów jest ich starość. Czy w świecie psów ratowniczych istnieje pojęcie „psiemerytury”? Jak to wygląda w praktyce?

– Formalnie mówimy o wycofaniu psa z pracy. To, jak ten proces przebiega, zależy od statusu prawnego czworonoga. 

– Wyróżniamy dwa rodzaje psów ratowniczych. Pierwsza grupa to psy należące bezpośrednio do konkretnej komendy Państwowej Straży Pożarnej, którymi opiekuje się przewodnik z danej jednostki. Te psy od początku są na utrzymaniu państwa, a po wycofaniu ze służby – ze względu na wiek, stan zdrowia czy decyzję przewodnika – przechodzą odpowiednią procedurę weterynaryjną i dowódczą. Otrzymują wtedy dożywotnie wyżywienie (w formie ekwiwalentu dla przewodnika na zakup karmy) oraz bezpłatną opiekę weterynaryjną.

– Drugi przypadek to psy kontraktowe, będące prywatną własnością przewodnika. Mój Orion jest właśnie takim psem – formalnie należy do mnie, a ja podpisałem kontrakt z komendą na użyczenie go do działań ratowniczych. Aby taki pies mógł po zakończeniu służby korzystać z państwowych przywilejów i „emerytury”, musi najpierw przepracować minimum 5 lat. Orion ten warunek spełnił i na początku tego roku oficjalnie przeszedł na zasłużony odpoczynek.

– I jak teraz wygląda Wasza codzienność? Orion stał się po prostu „zwykłym” psem domowym?

– Mieszka ze mną, robimy razem wszystko, jeździmy wspólnie na wakacje, szkolenia czy do pracy. Nie latamy tylko razem samolotem za granicę. Co ciekawe, Orion wciąż jeździ ze mną do straży – robił to od szczeniaka, w końcu przez lata był pełnoprawnym funkcjonariuszem Państwowej Straży Pożarnej.

– Na koniec muszę zadać to pytanie. Patrząc wstecz na te wszystkie lata ciężkich treningów – czy dziś zdecydowałbyś się na drugiego psa ratowniczego?

– Szczerze? Nie, nie zdecydowałbym się na to drugi raz, z dwóch powodów. Bycie przewodnikiem takiego psa wymaga żeby poświęcić się temu w stu procentach. Pierwsze dwa lata życia psa są absolutnie kluczowe w szkoleniach. To jest ciężka, codzienna praca i trzeba mieć na to ogromne pokłady energii, poświęcenia i zwyczajnie czasu. Po drugie, bardzo obawiałbym się, że podświadomie porównywałbym nowego psa do Oriona. A to mogłoby po prostu nie zadziałać z korzyścią dla nowego zwierzaka.

Psia Pomoc Międzynarodowa

– Orion to wyjątkowy bohater z Wałbrzycha, ale takich psich ratowników jest znacznie więcej, nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Główna międzynarodowa organizacja zrzeszająca psy ratownicze (International Search and Rescue Dog Organisation) ma pod swoimi skrzydłami około 4000 certyfikowanych psów ratowniczych w ponad 40 krajach!

Nie bez powodu właśnie w Kenii specjaliści z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) wraz ze swoimi czworonożnymi partnerami szkolą lokalne zespoły poszukiwawczo-ratownicze. Praca ta nabiera szczególnego znaczenia w gwałtownie rozrastającym się Nairobi i sąsiadującym z nim Kiambu, gdzie zawalenia budynków są częste. Doskonałym tego przykładem była sytuacja, gdy szkolący się strażacy musieli przerwać wykłady teoretyczne i natychmiast ruszyć do akcji ratunkowej w Nairobi, gdzie pod gruzami zawalonego domu uwięzieni zostali ludzie. Choć kenijski cywilny zespół USAR na co dzień nie posiada własnych czworonogów, strażacy uczą się tam współdziałania z psami wojskowymi – takimi jak Jerry czy Shanti. 

na zdjęciach psy Jerry i Shanti na szkoleniach zespoły USAR

Na gruzowisku, gdzie liczy się każda sekunda, a człowieka nie widać gołym okiem, to właśnie wyszkolenie psa pozwala zlokalizować poszkodowanych znacznie szybciej niż jakikolwiek specjalistyczny sprzęt. Warto jednak pamiętać, że psie role są niezwykle różnorodne, a ich zadania zależą od konkretnego kontekstu. Niezależnie od tego, czy mówimy o kenijskim gruzowisku, polskich lasach czy ośnieżonych górskich stokach, widać, że taka praca wiąże się z ogromną odpowiedzialnością – spoczywającą nie tylko na czworonogach, ale przede wszystkim na ich przewodnikach. Sukces w akcji to nie tylko wrodzony instynkt i wysiłek psa, ale przede wszystkim stuprocentowe poświęcenie, codzienna energia i wielkie serce człowieka, z którym tworzą relację na całe życie.