Zespół USAR w Kenii uratował życie 14 osób
„Modliłem się, bo tylko to mi pozostało, gdy studnia zawaliła się na mnie” – wspomina Robert, który po 14 godzinach został wyciągnięty z zasypanej studni. To jedna z czternastu osób, które strażacy z zespołu USAR od początku roku uratowali.
– Najpierw był dźwięk, jakby coś pękło głęboko w środku ściany. Potem wszystko zaczęło się sypać – mówi jeden ze świadków zawalonego budynku na osiedlu South C w Nairobi. Pokazuje ręką miejsce, gdzie jeszcze niedawno stał kilkupiętrowy budynek. Dziś jest tam tylko sterta gruzu i splątanych prętów. Takie historie w tej części miasta nie należą do rzadkości – raczej do codzienności.

Nairobi rośnie w tempie, które wyprzedza planowanie. Według danych UN-Habitat nawet 60 procent mieszkańców miasta żyje w osiedlach nieformalnych, gdzie zabudowa powstaje bez nadzoru i często z materiałów niskiej jakości. Kenijskie media i organizacje pozarządowe od lat alarmują o powtarzających się katastrofach budowlanych – tylko w ostatnich latach zawalenia budynków w kraju pochłonęły dziesiątki ofiar i pozostawiły setki rannych. Przyczyną bywa wszystko: nielegalne nadbudowy, słabe fundamenty, korupcja przy wydawaniu pozwoleń, a czasem po prostu pośpiech.
To właśnie w tej rzeczywistości działa kenijski zespół poszukiwawczo-ratowniczy (USAR), szkolony przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej dzięki programowi Polska Pomoc. Od początku roku jego członkowie uratowali czternaście osób.
– Zawalenia są powszechne i w ciągu miesiąca jest ich kilka. W Polsce to dosłownie jednostkowe przypadki – mówi Rafał Własinowicz, strażak i instruktor PCPM w Kenii. – Od 2024 roku budujemy zespół poszukiwawczo-ratowniczy (USAR). Niestety wiele budynków, zwłaszcza w Nairobi, jest budowanych z kiepskich materiałów, często bez żadnego nadzoru. Nie ma miesiąca, żeby nie doszło do katastrofy. W Polsce zdarzają się może dwa takie wypadki rocznie, a tu w samym Nairobi nie ma miesiąca bez katastrofy – tłumaczy polski strażak.
– Nie możemy być wszędzie – mówi mi Gedion Owiti, kenijski strażak – a mam wrażenie, że zadań wciąż przybywa. Niestety, zawalenia zdarzają się coraz częściej, dlatego tak bardzo jesteśmy wdzięczni Polsce – nie tylko za wyposażenie, ale przede wszystkim za wiedzę.
„Woda zakrywała mi twarz”
Powszechnymi wypadkami są też zawalenia przy robotach ziemnych. Robert Makoha był jednym z robotników, który podczas budowy studni w Ruace został przysypany.
– To był zwykły dzień. Obudziłem się i poszedłem do pracy jak zwykle. Schodziłem do studni, gdzie usuwałem ziemię i czyściłem ją od środka, aby pozostała stabilna. Kiedy byłem na dnie, nagle kilka betonowych pierścieni – około ośmiu – zawaliło się i spadło. Utknąłem na dnie – wspomina Robert.

Zanim na miejsce dotarli strażacy, obecni próbowali działać na własną rękę, wykorzystując dostępne narzędzia i improwizowane metody. Sięgano po sprzęt budowlany i podejmowano próby zapewnienia dopływu powietrza, co ostatecznie się udało.
Przez dłuższy czas nie wezwano służb ratunkowych – nie z braku potrzeby, lecz z powodów praktycznych: nikt nie znał numeru alarmowego. Ostatecznie jedna z osób pobiegła do oddalonej o około dwa kilometry straży pożarnej i w ten sposób zgłoszono zdarzenie. Cała sytuacja odbiegała więc od standardowego schematu.
– Przybiegł do nas chłopak i poinformował nas o wypadku – wspomina strażak Munyalu. – Od razu wzięliśmy sprzęt i ruszyliśmy na miejsce. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że łatwo nie będzie. Studnia była wąska i otoczona budynkami, co utrudniało dostęp. Zawalone betonowe pierścienie były bardzo ciężkie – każdy trzeba było zabezpieczyć i wyciągać pojedynczo za pomocą dźwigu. Wymagało to precyzji, żeby nie doprowadzić do kolejnego zawalenia. Robert był uwięziony głęboko, w ciasnym i niestabilnym miejscu, z wodą na dnie – mówi Munyalu.
– Było mi bardzo zimno i nie mogłem się ruszyć – wspomina Robert. Co gorsza, woda powoli, lecz nieustannie się podnosiła. W studni panowała całkowita ciemność. – Słyszałem odgłosy pracy z góry, ale nie wiedziałem, co się dzieje. Gdy w końcu mnie wyciągnęli, woda sięgała mi już szyi – mówi Robert, który wciąż nie może zapomnieć o tym traumatycznym przeżyciu.
Jak wspomina ratownik, cała akcja trwała 14 godzin. – Na szczęście nie miał złamań, ale był bardzo osłabiony i miał oznaki hipotermii.
– Gdyby nie szkolenie linowe, które przeprowadziło Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, nie udałoby się uratować Roberta – dodaje Munyalu.
Nowe życie
Robert trafił do szpitala na tydzień, a po wyjściu wrócił do rodzinnej miejscowości.
– Przed tym wypadkiem, jak to często w Kenii bywa, brało się każdą możliwą pracę – „kto nie pracuje, ten nie je”. Teraz nie wyobrażam sobie wrócić do takich zajęć – podsumowuje Robert.
Dziś pracuje w gospodarstwie w swojej rodzinnej miejscowości. Choć fizycznie wraca do sprawności, czternaście godzin spędzonych w zawalonej studni odcisnęło na nim trwałe piętno. Jednak dzięki strażakom z zespołu USAR nie była to śmierć