Pomoc humanitarna to przede wszystkim człowieczeństwo

„W jednej z odległych wsi obwodu chersońskiego nasza wolontariuszka spotkała sąsiadkę swoich rodziców. Ich spotkanie było zupełnie nieoczekiwane, ale zapewne obie pomyślały o swoim domu – rozpłakały się, przytuliły się.” Wspomina Zoriana Dovhanyk, koordynatorka projektów humanitarnych w Ukrainie.

Na początku wojny na pełną skalę pomoc humanitarna była reakcją na nagłe potrzeby. Jak zmieniła się ta pomoc na przestrzeni ostatnich lat?

Rzeczywiście, na początku ludziom potrzebne było praktycznie wszystko – jedzenie, woda, leki, środki higieny, ubrania, a także tymczasowe schronienie. Teraz sytuacja oczywiście się zmieniła. Pomoc humanitarna stała się bardziej systemowa i celowa. Lepiej rozumiemy już potrzeby różnych grup ludności, planujemy projekty na konkretne terytoria i pracujemy z lokalnymi partnerami, którzy lepiej znają potrzeby lokalnej społeczności.

Mówisz tak, jakby już teraz to nie było potrzebne? 

Wręcz przeciwnie, chcę podkreślić jedno: potrzeba pomocy nigdzie nie zniknęła. Dotyczy to zwłaszcza ludzi, którzy byli zmuszeni opuścić swoje domy, lub mieszkają w regionach bardzo blisko linii frontu – tych, którzy najbardziej cierpią z powodu tej wojny.

To co w takim razie teraz robisz? 

Nasz obecny projekt nosi nazwę „Poprawa warunków sanitarnych i higienicznych dla wrażliwych grup ludności w gminach obwodów charkowskiego, odeskiego i mikołajowskiego Ukrainy”. 

A co to w praktyce oznacza? 

Wsparcie otrzyma około 6400 rodzin. Co przekłada się mniej więcej na 18-20 tys. osób.

Skoro wspomniałaś już o pracy w bliskiej odległości od frontu, nie mogę wyrzucić z głowy strasznych obrazów ataków na cywilów i wolontariuszy. Jak wygląda logistyka w takich miejscach?

Praca w niebezpiecznych regionach zawsze wiąże się z ryzykiem, ale z czasem nauczyliśmy się lepiej je oceniać i organizować pracę odpowiednio do sytuacji. Na początku wojny łatwiej było dojechać do rejonów, w których pracowaliśmy – to były tereny obwodów charkowskiego, mikołajowskiego, chersońskiego. Wiedzieliśmy w zasadzie, że możemy tam dotrzeć.

To co się zmieniło?

Dziś, gdy wyjeżdżamy na dystrybucję pomocy czy na spotkania z partnerami, musimy przewidzieć bardzo wiele rzeczy, których wcześniej nie było. Jeśli podróżujemy na przykład pociągiem, musimy liczyć się z tym, że może się on opóźnić – o godzinę, dwie, a nawet osiem godzin – z powodu ciągłych ostrzałów kolei i lokomotyw, głównie w obwodach wschodnich i południowych, gdzie mamy beneficjentów naszego projektu.

Zdarzały ci się takie “przeszkody”?

Niestety, w tym roku tak. Wcześniej kolej była niemal bez zarzutów. 

Sam to doświadczyłem, że nawet jak pociąg miał przejechać całą Ukrainę z Przemyśla, miał tak policzone sprawdzanie paszportów na granicy, że w Charkowie bywał co do minuty.

Dokładnie, teraz niestety, gdy jest alarm dronowy, trzeba wyjść z pociągu i czekać, aż on mnie. Ile to może trwać? Czasem nawet kilkanaście godzin. Wtedy stoisz w polu i czekasz. W zimie to będzie bardzo uciążliwe.

Dlatego, wracają do pracy humanitarnej, bezpieczeństwo jest częścią każdego etapu planowania. Uwzględniamy sytuację w konkretnej miejscowości, możliwości dojazdu, dostępność schronów, alarmy powietrzne i inne zagrożenia. Nawet dostawy towarów, które zamawiamy, planujemy tak, żeby jak najmniej czasu przebywały w magazynie partnera. Tego samego dnia, w którym następuje dostawa, od razu odbywa się jej odbiór – obecni są zarówno przedstawiciele odbiorców pomocy, my jako fundacja, jak i nasz partner. A już od następnego dnia rozpoczyna się dystrybucja zestawów higienicznych dla potrzebujących, żeby towar nie zalegał zbyt długo w magazynach.

Dlaczego to takie istotne?

Bo zarówno magazyny, w których przechowywana jest pomoc humanitarna, jak i duże centra handlowe są często ostrzeliwane. Dlatego tak ważna jest praca poprzez zaufanych lokalnych partnerów. Oni lepiej znają sytuację na miejscu, znają potrzeby ludzi i mogą zorganizować pomoc nawet wtedy, gdy bezpośrednia obecność naszego zespołu jest utrudniona – działając poprzez administrację gmin, która ma możliwość przekazania pomocy bezpośrednio do jej odbiorców.

Jak wygląda twój typowy dzień pracy?

Trudno nazwać go typowym – moja praca jest bardzo różnorodna. Jako koordynatorka projektu jednocześnie pracuję z partnerami, z darczyńcami, z zespołem, z dostawcami i z ludźmi, którzy otrzymują pomoc. Jest dużo pracy organizacyjnej: planowanie zakupu towarów, komunikacja, przygotowanie dokumentów, kontrola wykonania zadań, logistyka.

Brzmi jak praca biurowa

Tak, dlatego dla mnie ważne jest, żeby nie zostawać tylko w biurze. Chcę rozumieć, jak pomoc naprawdę dociera do ludzi i czy odpowiada ich potrzebom. W naszym projekcie jest to szczególnie istotne, bo nie chodzi tylko o przekazanie zestawów humanitarnych – za każdym z nich stoi konkretny człowiek, który dziś żyje w trudnych warunkach.

Dlaczego bezpośredni kontakt z ludźmi jest dla Ciebie tak ważny?

Bo wtedy mam możliwość porozmawiania z tymi, którzy otrzymują pomoc. Wydaje mi się, że to ważne zarówno dla mnie, jak i dla nich. Wielu ludzi chce się zatrzymać, opowiedzieć o tym, co ich boli, powiedzieć, jak im się żyje i w końcu – podziękować. W takich rozmowach lepiej można zrozumieć ludzi, a nawet lepiej zrozumieć ich potrzeby na przyszłość.

Masz jakąś konkretną historię, która zapadła ci w pamięć?

Bardzo wiele, ale wybrałbym tę, która się wydarzyła w zespole naszych partnerów i którą udało mi się uwiecznić na zdjęciu. Iryna, która sama z powodu wojny musiała opuścić dom i przenieść się w bezpieczniejsze miejsce, dziś pracuje w Fundacji „Wieża”. W ramach naszego projektu była jedną z osób rozdających pomoc humanitarną.

W jednej z odległych wsi obwodu chersońskiego spotkała sąsiadkę swoich rodziców. Ich spotkanie było zupełnie nieoczekiwane, ale zapewne obie pomyślały o swoim domu – rozpłakały się, przytuliły się i powiedziały sobie, że tak czy inaczej chcą wrócić do domu.

Wspomniałaś też o innym projekcie – szkoleniowym.

Tak, oprócz projektu humanitarnego jestem zaangażowana w projekt „Wzmocnienie zdolności reagowania na sytuacje nadzwyczajne w Ukrainie”, realizowany wspólnie z ICDF Tajwanu. 

Znowu długa nazwa.

Często w dokumentach tak to wygląda, ale w skrócie skierowany on jest głównie do strażaków z DSNS – Państwowej Służby Ukrainy ds. Sytuacji Nadzwyczajnych.

Szkolimy strażaków i medyków pracujących w służbach ratunkowych, ale biorąc pod uwagę obecną sytuację w Ukrainie, te szkolenia są naprawdę bardzo ważne. Dają możliwość zdobycia nowych umiejętności – jest w nich teoria, ale znacznie więcej praktyki.

Co poza samymi umiejętnościami dają takie szkolenia?

Chodzi też o to, że ludzie jednego zawodu, którzy znajdują się w trudnych warunkach, mają możliwość komunikowania się między sobą i dzielenia się doświadczeniem. W przyszłości będą mogli sami prowadzić podobne szkolenia przygotowawcze na poziomie swoich regionów.

Wróćmy jeszcze do “kategoryzacji”. Nie pomożecie każdemu. Jak wybieracie osoby, które otrzymują pomoc?

Nie wybieramy ludzi na zasadzie „kto pierwszy przyszedł”. Istnieją określone kategorie wrażliwości i ich potrzeby. Ważne jest, czy są to osoby wewnętrznie przesiedlone, w jakich warunkach obecnie żyją, czy mają dostęp do niezbędnych środków, czy należą do innych kategorii wrażliwych, czy mają pracę.

Z reguły robimy to wspólnie z naszymi partnerami na miejscu, z organami samorządu lokalnego, z administracjami gmin – i wybieramy te kategorie osób, które są najbardziej narażone.

Czy kryteria różnią się w zależności od regionu?

Tak. W przypadku naszego projektu na południu Ukrainy są to osoby wewnętrznie przesiedlone, które ostatnio opuściły swoje domy, nie mają możliwości stałej pracy lub ich dochody są bardzo niskie. Natomiast w obwodzie charkowskim, na północnym wschodzie, wybraliśmy kategorię osób, które znajdują się najbliżej linii frontu i którym trudno się utrzymać, bo nie ma tam stałej pracy.

W zasadzie zostały tam osoby starsze, powyżej 60. roku życia. Nie ma tam możliwości zakupu niezbędnych towarów, bo sklepy nie zawsze działają, a jeśli działają, to bardzo często są ostrzeliwane. W takim przypadku, poprzez naszych partnerów i lokalne administracje, dostarczamy te towary bezpośrednio do miejscowości.

Gdy sytuacja jest wyjątkowo trudna i ogłoszona jest ewakuacja przymusowa, tacy ludzie są zarejestrowani w hubach w Charkowie i mogą otrzymać pomoc bezpośrednio w mieście. Przychodzą do hubów i odbierają zestawy przygotowane w ramach naszego projektu.

Dużo wspominasz o partnerach. Kim oni są?

Bez nich nie ma pomocy. To podstawowa zasada pomocy humanitarnej. Oni znają bezpośrednio społeczności, widzą realną sytuację i mogą określić, gdzie pomoc jest najbardziej potrzebna. Dla mnie ważne jest, żeby pomoc humanitarna była sprawiedliwa, przejrzysta i odpowiadała rzeczywistym potrzebom ludzi. Współpracujemy z Fundacją „Wieża” z Odessy oraz Fundacją Charytatywną „Jesteśmy braćmi, jesteśmy Ukraińcami” z Charkowa.

Na koniec – co dla ciebie osobiście znaczy pomoc humanitarna?

To nie tylko rzeczy. Kiedy człowiek jest zmuszony opuścić swój dom z powodu wojny, traci bardzo wiele – od swojej codziennej rutyny po poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad własnym życiem. Pomóc – to pokazać człowiekowi, że nie został sam. Nawet zwykły zestaw środków higienicznych może mieć znaczenie, bo stoi za nim proste przesłanie: wiemy, że jest wam teraz trudno, i chcemy wam pomóc.

Dlatego bardzo ważna jest rozmowa z takimi ludźmi. Zawsze staram się, przy rozdawaniu pomocy, porozmawiać z ludźmi na miejscu, odpowiedzieć na ich potrzeby, wysłuchać ich bólu. Kiedy dzwonią z podziękowaniami, to nie tylko przyjęcie do wiadomości, że jesteśmy im wdzięczni – to też nawiązuje się rozmowa, w której człowiek może podzielić się tym, co go boli albo co go cieszy.

Jakbyś miała opisać jednym zdaniem, czym jest pomoc humanitarna?

Pomoc humanitarna to przede wszystkim człowieczeństwo – wsparcie, szacunek dla człowieka, który znalazł się w trudnych okolicznościach nie ze swojej winy.