Polacy szkolą ukraińskich strażaków. „Bardzo cenna lekcja”
Na szkolenia strażacy przyjeżdżają z obwodów, w których alarmy przeciwlotnicze są codziennością. Mają kilka dni, żeby zająć się nauką i odpocząć od frontu.
Na poligonie Państwowej Służby Ukrainy ds. Sytuacji Nadzwyczajnych (DSNS) ćwiczy się scenariusze, których nikt nie chciałby zobaczyć na żywo. Jest masowe zdarzenie, wielu poszkodowanych, mało czasu. Uczestnicy kursu znają takie sytuacje z własnej pracy, bo na co dzień służą w jednostkach przyfrontowych.
Kurs, na który nie ma czasu
Od 2022 roku Ukraina odpiera pełnoskalową agresję Rosji. Strażacy z DSNS od dawna nie tylko gaszą pożary. Pracują przy ratownictwie technicznym pod ostrzałem, usuwają niewybuchy i wydobywają ludzi spod gruzów. Sami też stają się celem ataków. Od początku agresji zginęło ponad stu funkcjonariuszy służby, a 430 zostało rannych.
W takich warunkach braknie ludzi i czasu na szkolenia. – Jest duża rotacja, brakuje osób, które mogłyby przeszkolić innych, brakuje czasu wolnego i zasobów, które można by poświęcić na szkolenia z pomocy przedszpitalnej czy reagowania na zdarzenia masowe – mówi Paweł Jessa, koordynator projektu Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). – Wyciągnęliśmy tu pomocną dłoń.

Projekt, który PCPM realizuje dzięki wsparciu tajwańskiego funduszu Taiwan ICDF, ruszył pod koniec 2025 roku. W maju zaczęła się część wdrożeniowa, czyli szkolenia. Przez 13 tygodni prawie 300 strażaków i medyków DSNS przeszło kursy prowadzone przez 25 trenerów z Medycznego Zespołu Ratunkowego PCPM i Ukrainy.
Zasada jest prosta. Ratownicy z rejonów przyfrontowych jadą do bezpieczniejszej, centralnej Ukrainy, bo tam można ich wyszkolić bez przerywania pracy. Organizatorzy nazywają to modelem safe-haven trainings.

Teoria jest dodatkiem
Każdy kurs trwa pięć dni. Pierwszy dzień poświęcony jest wzajemnemu poznaniu i omówieniu umiejętności oraz procedur, z którymi uczestnicy przyjechali. Potem są cztery i pół dnia zajęć, a całość kończy się egzaminem i certyfikatem.
– Jest moduł teoretyczny, ale najwięcej nacisku kładliśmy na ćwiczenia praktyczne i warsztaty, czyli umiejętności bardzo potrzebne na miejscu – opowiada Bartek Trzaska, instruktor. Kursy prowadzili polscy trenerzy razem z ukraińskimi partnerami, którzy zdobywali doświadczenie na świecie, a część także w czasie tej wojny.
Instruktorzy nie chcieli klasycznego układu, w którym jedna osoba przekazuje wiedzę reszcie. Uczestnicy to często ludzie z bardzo dużym doświadczeniem, więc sami mają unikalne umiejętności. – Każdy rejon działa inaczej i ma własne doświadczenia. Warto, żeby strażacy medycy dzielili się wypracowanymi procedurami – mówi Trzaska.
Takiej okazji zwykle nie mają. Służą pod ogniem albo są w pracy bez przerwy i nie mogą się spotkać, żeby porozmawiać o tym, co się sprawdza. Na kursie taka przestrzeń się pojawiła.
Wytchnienie
Na kursie byli strażacy i medycy z jednostek z obwodów charkowskiego, chersońskiego, sumskiego, żytomierskiego i mikołajowskiego. Dla nich to również czas odpoczynku po trudach codziennej pracy, w której są narażeni na ciągłe ostrzały.
– Poza ćwiczeniami, czyli podnoszeniem kompetencji, jest to też okres swoistego wytchnienia po trudach pracy na linii frontu – mówi Jessa. – W spokojnych warunkach mogą dowiedzieć się czegoś więcej i podszlifować umiejętności, które potem wykorzystują w codziennej pracy.
„Zaskoczyło nas, że protokoły się zmieniły”
Serhij jest z Winnicy i na kurs trafił jako strażak miejscowej jednostki. Ocenia go jednoznacznie: – Kurs jest dobry. Nauczyliśmy się wielu rzeczy.
Najbardziej cenił to, że było dużo praktycznych zajęć, zwłaszcza z fantomami. Ćwiczono realistyczne scenariusze, które według niego przydadzą się podczas codziennej pracy. Zaskoczyło go to, że instruktorzy mówili o zmianach w protokołach z ostatniego roku, wprowadzonych zgodnie z wytycznymi rady ds. resuscytacji. Ukraińscy strażacy jeszcze o nich nie wiedzieli, szczególnie w zakresie reanimacji dzieci.
Zapytany, czego jeszcze potrzebują, odpowiada: więcej medycyny taktycznej, bo w kraju trwa wojna, więcej scenariuszy praktycznych i więcej ćwiczeń „na rękach”.
Namiot jako ogrzewalnia
Według Jessy projekt to nie tylko kursy. PCPM kupiło sprzęt podwójnego zastosowania. Dla DSNS to wyposażenie nowego centrum treningowego: symulatory medyczne i fantomy. Dla dziesięciu jednostek, których przedstawiciele brali udział w szkoleniach, kupiono zestawy do reagowania na zdarzenia masowe. W ich skład wchodzą namioty pneumatyczne, agregaty, nagrzewnice, lampy oświetleniowe, materace próżniowe i specjalistyczne plecaki ratunkowe.

Mikołaj, inny z uczestników, mówi o sprzęcie. Najbardziej przydają się namioty, które służą do kilku rzeczy naraz. Gdy w obiekcie nie ma prądu i ogrzewania, to są tymczasowe punkty grzewcze dla poszkodowanych. Można je też oznaczyć kolorami, więc nadają się do segregacji medycznej (triage). – Przede wszystkim potrzebujemy teraz tego, żeby rozgrzać ludzi – mówi. Rosyjskie ataki uderzają w obiekty energetyczne, które dostarczają ciepło. Dopóki są naprawiane, ludzie mogą przyjść do namiotów i się ogrzać.
Sprzęt, który zostaje
Najważniejsze jest jednak to, co będzie po zakończeniu projektu. Do tej pory DSNS szkoliło pracowników z pierwszej pomocy, korzystając z pomocy pogotowia ratunkowego. Centrum szkoleniowe ma być pierwszym krokiem do stworzenia podobnych ośrodków w innych regionach. Pierwsi instruktorzy już zostali wyszkoleni i będą dzielić się wiedzą z kolegami z DSNS. Z blisko 300 uczestników wyłoniono 24 osoby, które przeszły kurs zaawansowany. – To krok w stronę samodzielności DSNS w szkoleniu z przedszpitalnej pomocy medycznej – mówi Jessa.

– Pomagamy Ukrainie od lat, ponieważ od dawna rozumiemy, że wojna się szybko nie skończy. Sprawia mi to ogromną radość, że po 1,5 roku widzę ogromne efekty tego projektu — mówi Lin Jian-Jhang z Taiwan ICDF. Wybraliśmy PCPM, ponieważ ma ogromne doświadczenie w prowadzeniu takich projektów — dodaje.
– Współpraca pomiędzy Taiwan ICDF, DSNS i PCPM jest bardzo dobra. Osiągnęliśmy bardzo wiele, a dzięki szkoleniom i centrum szkoleniowemu cała służba, tak bardzo potrzebna Ukrainie, zyskuje nowe możliwości – mówi Natalija Jaszin, dyrektorka medyczna w DSNS. Jak podkreśla, jest bardzo wdzięczna za pomoc, ponieważ służby są bardzo przeciążone i każde takie wsparcie jest na wagę złota, bo pozwala służbom pracować, ale też pokazuje, że Ukraina nie jest sama.
Każda grupa przyjeżdża na pięciodniowy trening, który kończy się egzaminem i dyplomem ukończenia kursu. Dla nich te dni nie były tylko czasem na naukę, ale i wytchnieniem. 25 ukraińskich strażaków, już następnego dnia wróciło do swoich macierzystych jednostek gdzie nie czekają na nich tylko pożary ale bomby rakiety i drony.
Każda nowa umiejętność zdobyta podczas kursów zwiększa szanse na przeżycie kolejnych osób, które niechybnie się pojawią, tak długo, jak będzie trwała wojna. To na ich umiejętności liczą Ukraińcy i są ostatnią linią obrony.